Teatr Wielki –
jedno z moich ulubionych miejsc w Warszawie
Gdyby ktoś zapytał mnie o ulubione miejsca w Warszawie, Teatr Wielki byłby jednym z pierwszych, które bym wymieniła. Mówi się, że o sile opery decyduje wszystko naraz: dramat, kostiumy, inscenizacja i muzyka. To prawda i nie zamierzam się z tym spierać. A jednak mnie przyciąga przede wszystkim jedno: arie. Najbliższe są mi te skomponowane przez Rossiniego, Donizettiego, Belliniego i Verdiego. Śpiewane są po włosku, a nad sceną biegnie polskie tłumaczenie dla widowni. Włoska muzyka, polskie napisy, śpiewacy z różnych stron świata i ja pośród publiczności: dla mnie to najlepszy dowód, że sztuka nie zna granic.
W operze najbardziej porusza mnie ludzki głos, gdy melodia zostaje sam na sam z emocją i nie ma się za czym schować. Bel canto wymaga od śpiewaka odwagi: jednej, długiej, odsłoniętej linii, w której słychać każdą niedoskonałość i każde piękno.
Traviatę oglądałam już w wielu miejscach i przyznam, że w tej akurat operze wolę inscenizacje klasyczne. Wersja z Teatru Wielkiego jest bardzo nowoczesna, niezupełnie w moim guście. Paradoksalnie wyszło to muzyce na dobre. Zamiast śledzić scenografię, oddałam się w całości głosom, a one tego wieczoru były wyjątkowe.
Najpierw rozpoznałam głos. Partię Violetty śpiewała Aleksandra Olczyk, ta sama sopranistka, którą rok wcześniej słyszałam jako Gildę w Rigoletcie, w mojej ulubionej arii Caro nome. Poznałam ją po samym brzmieniu, zanim zajrzałam do programu.
Największe zaskoczenie przyszło jednak ze strony postaci, której nigdy nie lubiłam. Giorgio Germont to ojciec, który z egoizmu rozdziela zakochanych, i zwykle słuchałam go bez sympatii. Tym razem jego aria Di Provenza il mar, il suol, zaśpiewana przez barytona Szymona Mechlińskiego, wciągnęła mnie bez reszty. Jego głos poruszył mnie bardziej niż niejeden tenor. Muzyka potrafi to, czego nie potrafi fabuła: sprawić, że przez kilka minut polubiłam kogoś, kogo polubić nie zamierzałam.
Po to właśnie wracam do Teatru Wielkiego, sezon po sezonie. Nie dla wieczornego wyjścia, lecz dla tych kilku minut, gdy muzyka mówi więcej niż słowa i wszystko inne na chwilę milknie. Te wieczory stały się częścią mojego życia w Warszawie, równie naturalną jak praca czy spotkania z przyjaciółmi. Nie są dla mnie wyjątkiem od codzienności, lecz jej częścią.