Jak Warszawa

stała się domem

Kiedy w 2017 roku przyjechałam do Warszawy, nie zastanawiałam się, jak długo zostanę. Nie przywiozłam ze sobą planu z datami. Nauczyłam się, że życie i tak zmienia się szybciej, niż zdążę je zaplanować, więc po prostu zaczęłam tu żyć i patrzyłam, co z tego wyniknie.

Pierwszą rzeczą, która ułożyła się sama, było mieszkanie. Znalazłam je w piątek późnym wieczorem, obejrzałam w sobotę rano i od razu wynajęłam. Było na poddaszu, w samym centrum miasta: skośne okna, których zawsze byłam ciekawa, drewno w środku i taras nad dachami. Wieczorami wychodziłam na niego i patrzyłam, jak niebo nad kominami robiło się różowe. To była moja chwila ciszy w środku miasta.

To miejsce miało w sobie coś, czego nie spodziewałam się w centrum tak dużego miasta. Od poniedziałku do piątku żyłam w jego pośpiechu, a w sobotę rano słyszałam ptaki w wysokich drzewach na podwórzu. Do metra miałam pięć minut, a stamtąd wszędzie było blisko. Centrum, które potrafiło być i ruchliwe, i ciche.

W pracy było podobnie. Trafiłam na szefa, który myślał o przedsiębiorczości tak jak ja, i robiłam rzeczy, które naprawdę mnie wciągały. Jedno po drugim po prostu się składało.

Nigdy nie podjęłam jednej wielkiej decyzji, że zostaję. Każda rzecz, która układała się na swoim miejscu, wiązała mnie z tym miastem trochę mocniej, aż pytanie, dokąd dalej, przestało się pojawiać. Po prostu wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu.

Z czasem, pracując z ludźmi, którzy przyjeżdżają tu z zagranicy, zobaczyłam, że nie każdy ma tak samo. Jednym wszystko układa się tu od początku, innym droga bywa trudniejsza. Wiem, że mnie się ułożyło, i nie biorę tego za rzecz oczywistą.

Previous
Previous

Teatr Wielki – jedno z moich ulubionych miejsc w Warszawie