Czego nauczyła mnie polska gościnność

Tradycyjny polski stół

Pierwszy raz zauważyłam to przed swoim blokiem, z ciężkim workiem na śmieci w ręku. Szłam go wyrzucić, gdy ktoś zupełnie obcy zatrzymał się i zaproponował pomoc. Nie znajomy, nie kolega z pracy, po prostu przechodzień, który akurat szedł obok. Z czasem zrozumiałam, że to nie był przypadek. Ilekroć niosłam coś ciężkiego, a w pobliżu był ktoś, kto to widział, ta osoba się zatrzymywała. Zaczęłam myśleć, że tak po prostu wychowuje się tu dzieci, że rodzice uczą tego wcześnie i dobrze.

Pracowałam z ludźmi z wielu krajów i mam swoje zdanie na ten temat, choć wypowiadam je ostrożnie, bo łatwo tu o pochlebstwo. Nie chodzi mi o to, żeby się przypodobać. Chodzi o rzeczy konkretne, które widać na co dzień, jeśli się mieszka tu wystarczająco długo.

Widać je nawet w języku. Po polsku zwraca się do kogoś „pani Aniu", z imieniem, ale z szacunkiem. Kiedy Polak przechodzi na angielski, mówi „Ms Ania", przenosi tę formę ze sobą, jakby nie potrafił jej zostawić. Uznałam, że to urocze, i sama to przejęłam. Dziś sama tak mówię, po polsku i po angielsku.

Widać je w kolejce. Gdziekolwiek ludzie czekają na swoją kolej, ustawiają się równo i nikt się nie wpycha. Widać je na drodze, gdzie kierowca częściej przepuści cię przy skręcie czy zmianie pasa, niż każe ci czekać, aż przejedzie pierwszy. To drobiazgi. Ale to z drobiazgów składa się codzienność, i to one najwięcej mówią o ludziach.

Polubiłam też rzeczy, które trącą dawnym światem. Całowanie kobiety w rękę, tradycję, którą u młodszego pokolenia widuje się już rzadko. I to, że Polacy ubierają się do teatru. Przechodziłam obok wielu warszawskich teatrów i za każdym razem widziałam kobiety i mężczyzn w wieczorowych strojach, nawet gdy szli tylko na sztukę. Jest w tym urok, którego nie chciałabym stracić.

Jedną z tradycji, które lubię najbardziej, jest tłusty czwartek. Odstawiłam cukier, ale pączki i faworki to coś, czego co roku nie odmawiam sobie, tak jak nie odmawiają sobie Polacy. Po tym dniu wracam do swoich zwyczajów, cukier i gluten znów schodzą z talerza. Ale ten jeden dzień zostawiam sobie, razem z całą resztą.

Nigdy nie odmawiam Polakowi zaproszenia na kolację, w weekend czy w święta, zwłaszcza gdy wiem, że w kuchni jest mama albo babcia. Kilka lat temu byłam u mojej przyjaciółki Pauliny, na jej urodzinach. Gotowały jej mama i babcia. Gołąbki, żurek, pierogi z mięsem, smażone, bigos. Byłam w niebie. Powtarzały, że jestem za chuda, że muszę więcej jeść. Wyszłam nie tylko z pełnym brzuchem, ale i z jedzeniem do domu, bo tak tu się kończy każda taka kolacja. Były dla mnie tak dobre, że kiedy myślę o tym, co znaczy być tu u siebie, myślę właśnie o tamtym stole.

Nauczyłam się z czasem, że gościnność to nie gest od święta. To sposób, w jaki traktuje się kogoś, kto jeszcze nie jest swój, dopóki nie stanie się swój. Mnie potrzeba było na to kilku lat. Ten stół u Pauliny był jednym z tych miejsc, w których to się wydarzyło.

Previous
Previous

Teatr Wielki – jedno z moich ulubionych miejsc w Warszawie